Odcienie błękitu, od jasnego po niemalże indygo przeplatające się z różem zarezerwowanym wyłącznie dla tej pory dnia. W centralnym punkcie pierwsze, złote promienie świtu zdają się wypalać niebo. Wschód słońca nad blokami. Mieszkanie w mniej lub bardziej ścisłym centrum Wrocławia nie pozwala mi obcować z naturą na tyle często, na ile bym sobie życzyła. Pola, lasy, drzewa, góry, morze. Jadąc dokądkolwiek potrafię całą drogę sycić się krajobrazem, choć planowałam czytać książkę albo sprawdzać kolokwia studentów. Przede wszystkim wiosną i latem, kiedy wszystko żyje i sprawia, że chce się żyć. Gdy słońce, najbardziej to wschodzące lub zachodzące nadaje wszystkiemu nowy kształt. Jesienią i zimą wolałabym zapadać w sen jak niedźwiedzie. Gnijące liście, goła ziemia, mgły, bezbarwne niebo nie wzbudzają we mnie nic oprócz smutku. Wszystko trwa w zawieszeniu.
Oderwałam się od ponurych myśli, odsunęłam od sztalugi, odłożyłam pędzel, pociągnęłam z kubka w kotki, takie jak te na zeszytach 16 kartkowych, który dostałam od Halinki, łyk czarnej herbaty z miodem, malinami i cytryną (była już trochę zimna), i zaczęłam oceniać rezultaty swojej pracy.
Po raz kolejny malowałam niebo, które, jako że mieszkałam dość wysoko, w pełnej okazałości widziałam przez okno. Artysta przede wszystkim powinien w swoich dziełach wyrażać siebie. Dzielić się ze światem tym, co go wzrusza, tym, za czym tęskni jego serce, bo może choć jedna osoba będzie mogła się z tym utożsamić. Zafón uważa, że książka ma w sobie duszę autora i czytelnika, więc z obrazami chyba musi być podobnie. Niebo jest jednym z najwspanialszych tworów natury, tak różnorodne w zależności od pory roku, dnia, pogody. To właśnie ono najczęściej sprawia, że w twórczym szale rzucam się do sztalugi. Dlatego w pewnym stopniu pozwalam sobie utożsamiać się z impresjonistami, chociaż dbałość o detale, wierność w oddawaniu kształtów i barw, co zawsze staram się uzyskać, zbliżają moją twórczość do tej renesansowej czy klasycystycznej. Sztuka współczesna to zupełnie nie moja bajka. Skończyłam Historię Sztuki i Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu, zostałam tam na dłużej i prowadzę zajęcia. Nie jestem “typową” artystką, wiecznie roztargnioną i natchnioną. Gdy piękno świata budzi moją wrażliwość, przelewam to na płótno. Oprócz pracowni zawalonej obrazami, szkicami, farbami, pędzlami i sztalugami, reszta mieszkania jest dość uporządkowana. Uwielbiam historię sztuki i samą historię. Bez niej nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć istoty człowieczeństwa i kultury. Dlatego zdecydowałam się przekazywać tę ideę kolejnym pokoleniom.
Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć. Stała za nimi dystyngowana, starsza kobieta, przy której poczułam się bardzo nieporządna. Mój kok w nieładzie, bluza, dresy i dłonie, wszystko pokryte farbą, kontrastowały z jej arystokratyczną powierzchownością. Dopasowana sukienka, klasyczny płaszcz, delikatne rękawiczki, biżuteria, nienaganna fryzura. Makijaż i perfumy, nie za mocne, ale wyczuwalne.
— Dzień dobry, pani Lauro — powiedziała i uśmiechnęła się uprzejmie. — Nazywam się Maria Bielska. W dobie RODO to zapewne przestępstwo, ale dostałam pani adres od profesora Augustynowicza, mojego dobrego znajomego, a pani byłego wykładowcy. Zapoznał mnie z pani twórczością. Pani estetyka przemówiła do mnie na tyle, że chciałabym pani złożyć pewną, wydaje mi się, niezwykle interesującą propozycję.
***


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz